Po ludzku: ta strona piecze ciasteczka na Twoim komputerze. W języku urzędowym: ta strona używa cookies. Korzystając z niej, wyrażasz zgodę na ich używanie, zgodnie z ustawieniami przeglądarki.
image1 image2 image3

Jak być pisarzem i na tym zarabiać

Czytając rozmowę z p. Kają Malanowską na portalu natemat.pl, aż mi się chce wyć. I to, o zgrozo!, mimo że sam jestem pisarzem. Ba, pisarzem zawodowym, czyli takim, który się z pisania utrzymuje! Od p. Kai różni mnie jednak podejście do tematu. Teoretycznie też powinienem być zainteresowany tym, aby to Skarb Państwa dotował pisarzy, bo pewnie wtedy mógłbym się gdzieś po drodze nachapać (o ile oczywiście miałbym ku temu odpowiednie znajomości). Ja jednak uważam, że pisanie i wydawanie książek jest branżą jak każda inna, a książki są takim samym towarem jak bułki, samochody czy proszki do prania i jedynym regulatorem w tym zakresie powinien być rynek. Powtórzę: teoretycznie powinienem być za gospodarką sterowaną na rynku wydawniczym. W praktyce jestem temu przeciwny.
Dlaczego? Trzy lata temu rzuciłem dobrze płatną pracę w redakcji i założyłem własne wydawnictwo, aby wydawać powieści niechciane przez wydawnictwa. Mocno zaryzykowałem, zachęcony głosami Czytelników i bibliotekarzy, którym moje kryminały mocno się podobają. Wówczas jeszcze naiwnie wierzyłem, że ważna jest jakość książki. Szybko się jednak dowiedziałem, że liczą się tylko znajomości i reklama, na którą stać nielicznych gigantów.
Powinienem dać sobie spokój przy swojej trzeciej czy czwartej książce, ja się jednak nie poddałem (tu przydała się umiejętność zaciskania zębów wyniesiona z górskich szlaków) i oto mam na koncie siedem wydanych powieści, ósmą w przygotowaniu do druku i kolejne w planach. I to mimo że takiego szczęścia do reklamy jak p. Kaja Malanowska (w postaci nominacji do Paszportu Polityki) nie miałem, musiałem sobie radzić w prosty sposób: pisać na tyle dobre powieści, żeby być kupowanym przez Czytelników i biblioteki. Wolny rynek sprawia, że muszę zaciskać zęby, widząc na księgarnianych półkach chłam, z którym moje niereklamowane powieści nie mogą wygrać. Ale jest też pozytywna strona tego literackiego medalu: żeby istnieć na tymże rynku, muszę się nieustannie rozwijać, próbując niczym Dawid konkurować z Goliatami.


Nie rozumiem też zarzutów p. Kai, że kiedyś pisarze mogli dorobić na płatnych spotkaniach w bibliotekach, a teraz już takiej możliwości nie mają. Nic bardziej mylnego. Cały czas w całej Polsce są spotkania autorskie z pisarzami, malarzami, podróżnikami, itd. Płatne, dodajmy, żeby było jasne. Ale biblioteki albo zapraszają celebrytów, bo ci gwarantują pełne sale bez względu na sens tego, co celebryci będą mówić; albo też pisarzy, którzy z kolei gwarantują intrygujące spotkania. Nudziarzy nikt nie chce. Wiem, bo w zeszłym roku miałem takich spotkań niemal 90, choć nikt żadnej z bibliotek zapraszać mnie nie kazał. Na szczęście! I oby nigdy nie doszło do tego, żeby ktokolwiek bibliotekom nakazywał goszczenie takich czy innych twórców, tutaj też niech decyduje wolny rynek...
Podobnie alergicznie reaguję na pomysł, aby biblioteki zmuszać do kupowania nowości. Jakim prawem, się pytam? Prawem silniejszego? Na tym pomyśle najbardziej zyskają najwięksi wydawcy i autorzy najmocniej obecni w przestrzeni medialnej, ci zaś, którzy nie mogą związać końca z końcem dostaną ochłapy. Czy o to chodzi? Czy to kolejna furtka do uprawianego już teraz procederu: czyszczenia magazynów przez duże firmy wydawnicze? Żeby milionerzy zarobili kolejne miliony? Jeśli pojawi się obowiązek kupowania nowości, to biblioteki zaleje chłam tłumaczony z zagranicy, i tyle.
Wracając do zarobków pani Kai Malanowskiej. Współczuję. Autentycznie, bez cienia ironii. Ale przypomnę: miała niewyobrażalną na polskim rynku wydawniczym promocję za sprawą nominacji do Paszportu Polityki. Skoro więc tylko tyle zarobiła, to albo ją oszukało wydawnictwo, albo Czytelnicy, nie kupując jej książek. Jeżeli to drugie, to kto jest za to winny: Czytelnicy czy autorka? Owszem, pisarze w Polsce zarabiają marnie, a takich, którzy są w stanie się z tego utrzymać, jest kilkunastu, może kilkudziesięciu. Mało to? Dużo? W sam raz? Nie wiem. Wiem za to, że jeśli cudowna ręka wolnego rynku sprawi, że mi moje pisanie nie przyniesie pieniędzy, które pozwolą na robienie zakupów w pewnej sieci dyskontów z sympatycznym owadem w logo, to nie przyjdzie mi nic innego, jak zmienić zawód, a nie lamentować nad tym faktem na profilu społecznościowym.
Z kryminalnymi pozdrowieniami
Krzysztof Koziołek