Po ludzku: ta strona piecze ciasteczka na Twoim komputerze. W języku urzędowym: ta strona używa cookies. Korzystając z niej, wyrażasz zgodę na ich używanie, zgodnie z ustawieniami przeglądarki.
image1 image2 image3

Odcinek 1

 

Zadziwiające, jak sprawne potrafią być ludzkie zmysły. Andrzej Sokół podziwiał akurat budynek wrocławskiego Ossolineum, jadąc ulicą Grodzką, gdy kątem oka dostrzegł ruch na Moście Piaskowym. Machinalnie spojrzał w tamtą stronę, zrobił to akurat na tyle szybko, by zdążyć zarejestrować, jak przedmiot przypominający ciało człowieka wpada do wody.

Wzdrygnął się na samą myśl, temperatura na zewnątrz spadła już grubo poniżej 10 stopni Celsjusza, a silny wiatr potęgował jeszcze uczucie przenikliwego zimna. Jeśli to faktycznie był człowiek, to w takich warunkach nie miał szans na przeżycie dłużej, niż kilku minut.

Nie namyślając się wiele, Sokół dodał gazu, przejechał skrzyżowanie Piaskowej z Ducha Świętego i Grodzką, na czerwonym świetle, skręcając ostro w lewo. Zatrzymał auto na moście i, nie wyłączając silnika, wysiadł. Podbiegł do barierki, wychylił się maksymalnie, wcisnąwszy nogę między tralki i blokując ją dla bezpieczeństwa. Przeszukał wzrokiem taflę wody pokrytą leniwymi falami, ani śladu kogokolwiek.

- Panie kierowco! - usłyszał za plecami.

Odwrócił się błyskawicznie, za warszawą stał radiowóz z włączonym kogutem.

- Chce pan skoczyć? - policjant ruszył w jego stronę.

- Nie - odpowiedział nerwowo. - Jechałem Grodzką - pokazał na Ossolineum - i wtedy zauważyłem, jakby ktoś spadł z mostu.

- Jest pan pewien? - funkcjonariusz cały czas się zbliżał. Nagle przystanął i wychylił się za barierkę. - Tutaj?

- A gdzie? W Wiśle? - Sokół skrzywił się w duchu, a na głos powiedział: - Tak mi się zdawało. Przyglądałem się  odnowionemu budynkowi Ossolineum, kiedy kątem oka dostrzegłem uderzenie w wodę. Nie mam pewności, ale to wyglądało, jakby spadł jakiś człowiek.

- Panie kierowco - drugi policjant włączył się do dyskusji, uważnie przypatrując się zza metalowej konstrukcji mostu - a od kiedy to, prowadząc pojazd mechaniczny, kierowca przygląda się budynkom stojącym przy ulicy? Zgodnie z przepisami kodeksu ruchu drogowego zmotoryzowany obowiązany jest...

- Będziemy się spierać o paragrafy, czy zajmiemy się topielcem? - Sokół przerwał mu bezceremonialnie.

- Tylko bez nerwów, panie kierowco - pierwszy policjant uśmiechnął się szeroko, robiąc przy tym kolejne dwa kroki. Jego partner ruszył w stronę drugiego końca mostu. - Sam pan powiedział, że nie ma pewności, czy to był człowiek. Prawda?

- Nie patrzyłem w tę stronę, zarejestrowałem to tylko kątem oka, już mówiłem - Sokół zaczynał odczuwać kuriozalność sytuacji. - Nie możecie tego sprawdzić?

- Kolega się tym zajmie - wskazał na drugiego policjanta, który był już na schodach wiodących nad kanał. - Widzisz coś?! - krzyknął donośnym głosem

- Nawet kaczki! - pokiwał przecząco głową.

- Jednak musiało się panu przewidzieć - policjant był już na wyciągnięcie ręki. - A teraz powie mi pan, dlaczego zignorował sygnalizator - wskazał ręką za siebie - i przejechał skrzyżowanie na czerwonym świetle, potem zaparkował auto w miejscu niedozwolonym i chciał skoczyć z mostu?

Sokół spojrzał na niego ze zdziwieniem równym temu, gdy dowiedział się o mianowaniu Andrzeja Leppieja wicepremierem i ministrem rolnictwa.

*

Próbował tłumaczyć, przekonywać, ale policjanci byli nieprzejednani i nie uwierzyli w wersję o topielcu. Po dziesięciu minutach dyskusji atmosfera zrobiła się nadzwyczaj napięta.

- Gdzie pan jechał? - spytał w pewnym momencie drugi policjant.

- Nie mówi się gdzie, tylko dokąd - wycedził Sokół, zniecierpliwiony do granic możliwości.

- Poliglota się znalazł, no proszę - wyszczerzył zęby w uśmiechu, który nie wróżył niczego dobrego.

Przez ułamek sekundy Sokół chciał mu wyjaśnić, co oznacza bycie poliglotą, ale w porę ugryzł się w język.

- Więc dokąd pan jechał? - pierwszy funkcjonariusz próbował tonować nastroje.

- Do domu - syknął Sokół.

- Czyli dokąd?

- Do Hotelu Tumskiego - nie wiedzieć dlaczego, skłamał. I od razu w duchu tego pożałował.

- Sprawdzimy - podłapał natychmiast drugi policjant. - Ruszy pan to swoje cacko, a my pojedziemy za panem.

*

Jak można było łatwo przewidzieć, wystarczyła krótka rozmowa z recepcjonistą, aby kłamstwo Sokoła wyszło na jaw. Tego policjantom było już za wiele. Kazali zostawić warszawę w bocznej uliczce i wskazali na tylne siedzenie radiowozu. Szyby byłe zaparowane, a Sokół tak wkurzony i zbity z tropu, że nawet ich nie przetarł, by kontrolować cel podróży.

- Gdzie jedziemy? - instynkt dziennikarski obudził się tak nagle, jak chwilę wcześniej zasnął snem zabitego.

- Nie mówi się gdzie, tylko dokąd - odparował drugi policjant z satysfakcją pobrzmiewającą w głosie.

- Na policję - zarechotał kierowca, wtórując koledze.

- Kwintesencja elokwencji - mruknął Sokół pod nosem.

- Słyszałem - drugi policjant pokiwał groźnie palcem.

*

Uliczki były opustoszałe, mijali tylko pojedyncze samochody, jechali więc szybko i po kilku minutach zameldowali się na miejscu. Dopiero po wyjściu z radiowozu Sokół skojarzył, że są na komisariacie Stare Miasto.

- Panowie, jest Wigilia - jęknął.

- Wiemy - rzucił drugi policjant. - Dlatego my kończymy pracę i pędzimy do domów. A panem zajmą się nasi zmiennicy.

 

Czytaj drugi odcinek>>