image1 image2 image3

Odcinek 4

 

- I co, już cię wypuścili? - Patrycja przywitała Sokoła namiętnym całusem, zupełnie nie zwracając uwagi na obecność Asi i Marka, dwojga przyjaciół przyglądających im się z czystą postacią ironii wymalowaną na twarzach, no, przynajmniej wymalowanej na twarzy Asi.

- Tylko ty mogłeś w Wigilię aż tak podpaść glinom, że cię zapuszkowali na noc - prychnęła Asia w typowy dla siebie sposób. Ktoś, kto jej nie znał, mógłby pomyśleć, że jest nieprzyjemna i mocno antypatyczna, a ona w ten oryginalny sposób wyrażała troskę o przyjaciela.

- Skąd wiecie, że siedziałem na dołku? - Sokół zdziwił się niepomiernie.

- Po tym, jak nie mogliśmy się do ciebie dodzwonić, zadzwoniliśmy na policję - wyjaśniła Patrycja spokojnie, jakby chodziło o sporządzenie listy zakupów, a nie szukanie zaginionego w świąteczny wieczór. - Pewien bardzo miły pan na komisariacie... Na którym komisariacie? - spojrzała na Marka.

- Stare Miasto - podpowiedział szybko Marek.

- Więc ten pan nam powiedział, że zostałeś zatrzymany do wyjaśnienia i wyjdziesz dopiero rano - opowiadała dalej Patrycja. - I żebyśmy się o ciebie nie martwili, bo zjesz kolację wigilijną razem z funkcjonariuszami z komisariatu. Smakowało?

- Że co? - Sokół był totalnie zbity z tropu.

- Narzeczona pyta, czy policyjna Wigilia była udana - Asia przyszła w sukurs.

- Gołymi rękoma ich zabiję - wycedził Sokół, po czym streścił przebieg wydarzeń poprzedniego wieczora i nocy. Z czasem jak opowiadał, twarze Patrycji i przyjaciół robiły się coraz bardziej pochmurne.

- Świątecznej kolacji nie jadłeś, to fakt - skomentowała na koniec Asia. - Ale za to zjesz razem z nami bożonarodzeniowe śniadanie. Marku, idziemy do kuchni - zawyrokowała.

- A ja wezmę prysznic - rzekł Sokół, czując burczenie w brzuchu na samą myśl o jedzeniu.

*

Dźwięk dzwonka obudziłby umarłego, najwyraźniej jednak w mieszkaniu Eweliny Borkowskiej nie było ani żywych, ani zmarłych, gdyż drzwi nikt nie otworzył. Na szczęście w kieszeni spodni dziewczyny policjanci znaleźli klucze, pasowały.

Pierwsze kroki Sara Bednarz skierowała do sypialni. Nic nie wskazywało na to, żeby w mieszkaniu doszło do jakichkolwiek aktów przemocy, lodówka była w połowie pełna - brak jednak było potraw świątecznych - nie było też żadnego listu pożegnalnego.

Policjantka zajęła miejsce za biurkiem, włączyła komputer, po czym sprawnie przeszukała kosz, potem wzięła się za bazę tymczasowych plików internetowych. Po półgodzinie jej twarz rozjaśnił szeroki uśmiech. Sięgnęła po telefon, wybrała numer informatyka, rozmawiała z nim dobry kwadrans.

*

Sokół nie mitrężył w łazience, prysznic był tyleż szybki, co orzeźwiający. Kiedy kończył wycierać ręcznikiem przestrzeń między palcami stóp, czuł się jak młody bóg, któremu nie udał się wczorajszy dzień, ale dzisiejszy na pewno będzie lepszy.

Przebrał się w czyste ubranie, po czym złożył życzenia najpierw Patrycji, a potem Asi i Markowi. Wtedy mógł już usiąść do stołu i zająć się nadrabianiem kulinarnych zaległości. Ponieważ Wigilia go ominęła, nie musiał się bawić w przestrzeganie kolejności spożywanych potraw świątecznych. W takim przypadku pierwszym daniem były pierogi z kapustą i grzybami. Rzucił się na nie w przenośni i dosłownie, bo z ogromną siłą wbił widelec w największy okaz.

- Nie daruję im tej nocki - wykrztusił, przeżuwając pierwszy kęs. - Byłem w „Super Fakcie” - zaczął relacjonować wizytę u znajomego dziennikarza, wykonując przy tym widelcem podejście do kolejnego pieroga.

*

Gdy komórka prokuratora Wojtasa zaczęła nachalnie brzęczeć, ten aż się wzdrygnął. Efekt był taki, że dorodny pieróg będący właśnie w połowie drogi do jego ust - wydatnych, po dziadku, aczkolwiek stuprocentowo naturalnych, co to botoksu nigdy nie widziały i widzieć nie zamierzały - spadł na talerz, bryzgając czerwonawym sosem na wściekle białą koszulę.

- A mówiłam ci, żebyś założył ręczniczek - Jagoda, żona prokuratora Wojtasa spojrzała na niego z wyniosłą pogardą. Nie podniosła przy tym głosu, wiedząc doskonale, że tym opanowaniem jeszcze bardziej rozwścieczy małżonka.

- A może miałem założyć śliniaczek? - parsknął sztucznie, ale tak naprawdę do śmiechu mu nie było. Raz, doświadczenie nabyte podczas zeszłorocznych świąt - kiedy to także otrzymał w prezencie od żony krystalicznie białą koszulę, i też ochlapał ją pierwszego dnia świąt, również sosem z karpia - nauczyło go, że wypominanie będzie trwać co najmniej do Wielkanocy, jak nie dłużej. Dwa, natarczywy dźwięk komórki oznaczał, że znowu ktoś próbuje bezczelnie przerwać bożonarodzeniowy odpoczynek. Ale z drugiej strony, wyjście do firmy w tym momencie było nawet na rękę. Spojrzał na małżonkę, usta zbite w ciup zapowiadały długą litanię zarzutów, z których poplamienie koszuli było tylko przyczynkiem do prania brudów z całego mijającego roku. - Tak, lepiej się stąd zwijać - westchnął w myślach, odbierając połączenie.

- Wojtas, słucham - starał się nadać głosowi uprzejmy ton.

- Ja w sprawie tej studentki - gdyby prokurator mógł w tym momencie zobaczyć swojego rozmówcę, ze zdziwieniem spostrzegłby, że ten wciąż ma źle zapięty biały kitel.

- Tak? - westchnął na głos, żałując wcześniej pomyślanego życzenia, zanosiło się bowiem na długą wizytę w prosektorium. I zamiast „Kevina samego w domu” będzie oglądał trupy.

- To nie było samobójstwo.



 

Ciąg dalszy nastąpi...

Piąty odcinek "Zemsty absolutnej" już za tydzień, 22 stycznia 2011!

Informacje o premierze kolejnych części powieści znajdziesz na Naszej Klasie (na koncie oficjalnym "Zemsty absolutnej").

Chcesz skomentować powieść? Wpisz się w "Księdze gości".