image1 image2 image3

Odcinek 2


- Zawód wyuczony? - policjant na dyżurce ziewnął.

- Budowlaniec - Sokoła to pytanie zdziwiło, z drugiej jednak strony częste kontakty z mundurowymi nauczyły go, że można się po nich spodziewać wszystkiego.

- Zawód wykonywany? - kolejne ziewnięcie.

- Dziennikarz.

- Jaka rozbieżność.

- Zamierzacie mi zaoferować pracę? - zignorował uwagę dyżurnego. - Ostatnio takie pytania zadawała mi bardzo miła i bardzo niewiele wiedząca pani w pośredniaku.

- W pośredniaku? - tym razem to na twarzy funkcjonariusza malowało się zaskoczenie. - Przecież pan powiedział, że jest dziennikarzem.

- Obecnie na rocznym urlopie dla poratowania zdrowia i mocno zszarganych nerwów.

- Dałbym sobie rękę uciąć, że kilka lat temu rząd zlikwidował ten przywilej dla... - chrząknął.

- Niech pan dokończy: dla pismaków. Nie obrażę się - zaczynał mieć dość tej rozmowy, zmierzającej donikąd. - A rękę ma pan całą, dziennikarzom już taki urlop nie przysługuje. Ja sobie zrobiłem prywatny i bezpłatny.

- I pewnie pieniążki się skończyły - policjant cmoknął przeciągle. - To by tłumaczyło próbę samobójczą.

- Jaką próbę? - brwi Sokoła zlały się w jedną.

- Samobójczą - powtórzył jak echo w Wąwozie Homole. - Tak mam tutaj zapisane - wskazał na notatkę służbową pozostawioną przez policjantów z radiowozu. - Przejechanie skrzyżowania na czerwonym świetle, parkowanie w miejscu niedozwolonym i próba samobójcza polegająca na próbie oddania skoku z Mostu Piaskowego. Do tego stawianie biernego oporu podczas zatrzymania.

- Jakiego oporu?! - jego cierpliwość była na wyczerpaniu. - A niemania świateł przypadkiem też nie wpisali do tej litanii?

- Dowcipniś - dyżurny spojrzał spod byka, niczym profesor przymierzający się pozostawienia niesfornego ucznia w tej samej klasie na kolejny rok. - Zobaczymy, komu zaraz zrzednie minka.

*

O ile podczas interwencji policjantów z patrolu i spisywania danych przez dyżurnego cierpliwość Sokoła była na wyczerpaniu, o tyle trafił go przysłowiowy szlag, gdy okazało się, że został zatrzymany do wyjaśnienia. Tak naprawdę zarzuty, nie licząc absurdalnych i wyssanych z palca podejrzeń o próbę samobójczą i stawianie oporu, były błahe i wszystko wskazywało na to, że głównym celem policjantów jest przetrzymanie go przez godzinkę, dwie w ramach nauczki.

Natychmiast zażądał rozmowy telefonicznej, na co dyżurny zaśmiał mu się w twarz, pytając, ile amerykańskich filmów się naoglądał. Jedyne, co mu przysługiwało, to poinformowanie bliskich przez policjanta o zatrzymaniu. Podając numer Patrycji, Sokół był pewien, że sytuacja za chwilę się odmieni. Jednak entuzjazm szybko wystygnął, zupełnie jak wrzątek wylany na przednią szybę samochodu na mrozie. Patrycja, jak to Patrycja, musiała być czymś mocno zajęta, bo telefonu nie odebrała. Czyżby pomagała Asi w przygotowaniu wigilijnej wieczerzy?

Dyżurny wykazał się zrozumieniem, bo spróbował jeszcze połączyć się z Asią, potem z Markiem, też bezskutecznie. Znajomy adwokat także nie odbierał. Nic dziwnego, zbliżała się pora zasiadania do Wigilii...

*

Cela, do której trafił, była przestronna. Szybkim wzrokiem ocenił jej wymiary: mniej więcej 3 na 4 metry. Jedynymi meblami były trzy drewniane ławki, przykryte czymś, co kiedyś mogło być kocami, zaś obecnie co najwyżej przypomniało bliżej nieokreślone szmaty.

W środku nie było nikogo, najwyraźniej Sokół był jedynym gościem tego wieczoru. Kiedy dyżurny zamknął za nim drzwi i przekręcił klucz, o czym poinformował wszystkich świętych głośny zgrzyt, poczuł się jak w czeskim filmie. Nawet bezdomnych nie było, a zwykle o tej porze roku wręcz garnęli się na dołek, gdzie było o wiele cieplej, niż na zewnątrz. Ale przecież w końcu była Wigilia i nawet największy pechowcy i wykolejeńcy mieli gdzie pójść i z kim połamać się opłatkiem. Jak nie w domu, to w noclegowni.

- Tak... W tym roku największym pechowcem to chyba jestem ja - westchnął, próbując nie wciągać przy tym powietrza nosem, resztki koców wydzielały bowiem silną i mocno nieprzyjemną woń. Chwytając koc w dwa palce, przeniósł go na inną ławkę, po czym położył się na twardej desce. Czuł, że utknął tu na dłużej. Chociaż powoli złość ustępowała, to jednak doskonale wiedział, że nie zaśnie. I wcale nie przez zdenerwowanie, co przez koszmarnie niewygodną ławkę.

*

Ponieważ komórkę musiał zostawić na dyżurce, a zegarka zapomniał, stracił poczucie czasu. W końcu, po kilku godzinach, zasnął. Obudził go donośny zgrzyt, drzwi się otworzyły, przez zaspane oczy dostrzegł policjanta, innego jednak, niż dyżurny.

- Koledzy chyba o panu zapomnieli - jeśli to miały być przeprosiny, to funkcjonariusz niezbyt się starał, po uśmieszku było widać, że cała historia sprawiała mu frajdę.

- Co pan powie? - Sokół nie miał ochoty do stawiania się, łamanie w kościach było wystarczającym sygnałem ku temu, by spokornieć.

Kiedy odbierał rzeczy z depozytu, nagle zaskrzeczała radiostacja: - Jeden cztery osiem do zero jeden.

- Zero jeden, zgłaszam się - dyżurny jednym susem znalazł się przy nadajniku.

- Jesteśmy przy Śluzie Piaskowej - głośnik znów zabrzęczał. - Mamy topielca. Wezwij dyżurnego prokuratora.

 

Ciąg dalszy nastąpi...

Trzeci odcinek "Zemsty absolutnej" już za tydzień, 8 stycznia 2011!

Informacje o premierze kolejnych części powieści znajdziesz na Naszej Klasie (na koncie oficjalnym "Zemsty absolutnej").